🌊 Soła: 324 cm NORM ➡️ stab.

System punktów · oswiecimskie.pl

Komentuj artykuły

+2 pkt za komentarz

Zgłaszaj zdarzenia

+5 pkt za zgłoszenie

Oceniaj treści

+1 pkt za ocenę

Wymieniaj nagrody

Bilety, zniżki i vouchery!

Oświęcim Online Oświęcim Online oswiecimonline.pl
(1)

PUBLICYSTYKA. …że najbardziej mi żal…

Ktokolwiek z bliskich, znajomych przyjeżdża do mnie z północnych województw, przeprasza mnie i zaraz chce wracać. Tu nie ma czym oddychać, jak wy tu możecie żyć? Moje pokolenie pamięta Oświęcim, jako miasto gwałtownie rozwijające się. Przybywali tu ludzie z całej niemal Polski, tu czekała na nich praca w setkach istniejących i nowo powstających zakładach. Na Błoniach, Zasolu, Starych Stawach, na samym Osiedlu Chemików rosły domy, może nie te „szklane”, nieraz z ciemnymi kuchniami, ale w porównaniu z tymi, jakie pozostawili w swoich wioskach –to był komfort z bieżącą, często – ciepłą wodą, prądem, łazienką, gazem. Po okolicznych wioskach budowali też w zamian chat krytych słomą – murowane albo z pustaków – własne domy. Małe gospodarstwa nie pozwalały na godne życie, ale napracować się trzeba było, aby wczesnym rankiem dojechać do pracy, która dawała skromny chleb. Przyspieszona industrializacja miała swoją cenę. Miliony ton stali, węgla, cementu, siarki, tysiące lokomotyw czy statków odsuwały na później zaspokajanie podstawowych potrzeb człowieka, które usiłowała władza łatać przymusowymi serwitutami – obowiązkowymi dostawami, tzw. publiczną gospodarką mieszkaniami. Hasło „Cały Naród buduje swoją stolicę” w praktyce oznaczało dotkliwe braki podstawowych materiałów, jak cegły, stal zbrojeniowa cement na lokalnych rynkach gdzie obowiązywała ścisła reglamentacja. Nas – szczerze mówiąc = te problemy nie dotyczyły. Wiedliśmy życie beztroskie, wśród zielonej latem i białej w zimie – przestrzeni wokół Starego Miasta. Między Osiedlem Chemików a Starym Miastem były pola uprawne, na Podstawiu (tak kiedyś nazwano obszar między ul. Zaborską a Starymi Stawami) rozciągały się łąki, na których pasły się krowy gospodarstwa Sióstr Serafitek .Czasami zbieraliśmy tam kwiaty dla mamy. Były to przeważnie bociany, ale też chabry, kaczeńce, niezapominajki znad pobliskiego potoku. O wiele jednak bardziej interesujące były eskapady po bunkrach, jakich było na Starym Mieście i wokół – ponad 20. Czasami można w nich było znaleźć zardzewiały hełm poniemiecki, maski p. gazowe, ale trafiały się też rarytasy, jak lufa z zamkiem z karabinu maszynowego, które w tajemnicy rozkręcaliśmy ku przerażeniu mamy, która nas przy tym „nakryła” Najbliższa przestrzeń była dla nas bardzo przyjazna. Obok Przychodni na Żwirki i Wigury pozostała poniemiecka szkółka, w której rosły kasztanowce, akacje a przede wszystkim szlachetne krzewy jaśminy, ligustry, forsycje rozsiewające wspaniałe zapachy, po których dzisiaj nie ma śladu. Zostało kilka kasztanowców przy końcu ul. Chopina, ale prawdopodobnie zostaną niebawem zamordowane. Między ul. Dąbrowskiego a Żwirki i Wigury na tzw. Szynkierce założyło Miasto – Zakład Zieleni. Stąd pochodziły kwiaty upiększające miejskie klomby, także wiązanki i wieńce pogrzebowe. Zakład posiadał ponadto w Palczowicach własną szkółkę drzew. W słoneczne dni na moście Piastowskim wystawali przechodnie aby podziwiać tańce ryb. Widać było tysiące świnek, brzan błyskających w Sole. Częstym na mieście był widok znanych mistrzów wędkarstwa niosących siatki pełne ryb. Letnie niedziele rodziny spędzały na plantach. Dorodne srebrne olchy dawały cień, rybom pokarm ,a czysta Soła zachęcała do kąpieli pod opieką rodziców, Dzisiaj w Sole nie ma ryb. Wytępili je zadufani inżynierowie i urzędowi ciemniacy wycinając tysiące drzew w odcinku przyujściowym rzekomo aby chronić teren przed powodziami. Prowadziłem kiedyś korespondencję z utytułowanym kretynem z Uniwersytetu Gdańskiego w kwestii wyjęcia spod ochrony – kormorana. Kiedy powyżerały co się tylko dało z jezior na Wybrzeżu – przeniosły się tutaj aby wymordować resztę żyjących w płytkich wodach ryb. Taki książkowy baran nie ma zielonego pojęcia co potrafią kormorany. Dzisiaj oficjalnie ochronę zniesiono, ale szkód nie da się odwrócić. „Za komuny” przy odłowach stosowano sieci dużymi oczkami aby narybek innej niż hodowana ryby, liczony w setkach ton – mógł zasilać rzeki. Dzisiaj prywatni hodowcy używają niemal firanek, a narybek idzie jako pasza dla kaczek. Ówczesne Zakłady Chemiczne dawały chleb tysiącom rodzin, ale też były poważnym trucicielem. W zależności jak wiatry zawiały, mieszkańcy mogli zapoznać się z paletą zapachów produkowanych czy odpadowych substancji. W późniejszych latach między Zakładami a Osiedlem Chemików posadzono hektary lasu, którego nie było komu pielęgnować. Przez ostatnie 30 lat demokratyczne władze wybierane przez obywateli wyspecjalizowały się w wycinaniu drzew, Im wyższy szczebel – tym większe szkody (vide Puszcza Białowieska). Jednocześnie organy unijne alarmują władze polskie o notorycznym przekraczaniu parametrów zanieczyszczeń atmosfery, drożąc sankcjami, na co nasi politycy się już uodpornili. Oświęcimskie władze zapowiedziały nasadzenie tysiąca drzew. Wprawdzie jak znam życie, będą to rachityczne drzewka jak na placu Skarbka czy Rynku, ale w pewnym stopniu nie tyle zrekompensują, ale chociaż zminimalizują szkody jakie oświęcimskiej przyrodzie wyrządziły przez ostatnie 30 lat „demokratyczne” manipulacje planami przestrzennej dewastacji. Ale – niestety – to se Hawranku ne wrati. Józef Figura Facebook Twitter Google+ Pinterest Print Email

PUBLICYSTYKA. …że najbardziej mi żal…
PUBLICYSTYKA. …że najbardziej mi żal…

Ktokolwiek z bliskich, znajomych przyjeżdża do mnie z północnych województw, przeprasza mnie i zaraz chce wracać. Tu nie ma czym oddychać, jak wy tu możecie żyć? Moje pokolenie pamięta Oświęcim, jako miasto gwałtownie rozwijające się. Przybywali tu ludzie z całej niemal Polski, tu czekała na nich praca w setkach istniejących i nowo powstających zakładach. Na Błoniach, Zasolu, Starych Stawach, na samym Osiedlu Chemików rosły domy, może nie te „szklane”, nieraz z ciemnymi kuchniami, ale w porównaniu z tymi, jakie pozostawili w swoich wioskach –to był komfort z bieżącą, często – ciepłą wodą, prądem, łazienką, gazem. Po okolicznych wioskach budowali też w zamian chat krytych słomą – murowane albo z pustaków – własne domy. Małe gospodarstwa nie pozwalały na godne życie, ale napracować się trzeba było, aby wczesnym rankiem dojechać do pracy, która dawała skromny chleb.

Przyspieszona industrializacja miała swoją cenę. Miliony ton stali, węgla, cementu, siarki, tysiące lokomotyw czy statków odsuwały na później zaspokajanie podstawowych potrzeb człowieka, które usiłowała władza łatać przymusowymi serwitutami – obowiązkowymi dostawami, tzw. publiczną gospodarką mieszkaniami. Hasło „Cały Naród buduje swoją stolicę” w praktyce oznaczało dotkliwe braki podstawowych materiałów, jak cegły, stal zbrojeniowa cement na lokalnych rynkach gdzie obowiązywała ścisła reglamentacja.

Nas – szczerze mówiąc = te problemy nie dotyczyły. Wiedliśmy życie beztroskie, wśród zielonej latem i białej w zimie – przestrzeni wokół Starego Miasta. Między Osiedlem Chemików a Starym Miastem były pola uprawne, na Podstawiu (tak kiedyś nazwano obszar między ul. Zaborską a Starymi Stawami) rozciągały się łąki, na których pasły się krowy gospodarstwa Sióstr Serafitek .Czasami zbieraliśmy tam kwiaty dla mamy. Były to przeważnie bociany, ale też chabry, kaczeńce, niezapominajki znad pobliskiego potoku. O wiele jednak bardziej interesujące były eskapady po bunkrach, jakich było na Starym Mieście i wokół – ponad 20. Czasami można w nich było znaleźć zardzewiały hełm poniemiecki, maski p. gazowe, ale trafiały się też rarytasy, jak lufa z zamkiem z karabinu maszynowego, które w tajemnicy rozkręcaliśmy ku przerażeniu mamy, która nas przy tym „nakryła”

Najbliższa przestrzeń była dla nas bardzo przyjazna. Obok Przychodni na Żwirki i Wigury pozostała poniemiecka szkółka, w której rosły kasztanowce, akacje a przede wszystkim szlachetne krzewy jaśminy, ligustry, forsycje rozsiewające wspaniałe zapachy, po których dzisiaj nie ma śladu. Zostało kilka kasztanowców przy końcu ul. Chopina, ale prawdopodobnie zostaną niebawem zamordowane. Między ul. Dąbrowskiego a Żwirki i Wigury na tzw. Szynkierce założyło Miasto – Zakład Zieleni. Stąd pochodziły kwiaty upiększające miejskie klomby, także wiązanki i wieńce pogrzebowe. Zakład posiadał ponadto w Palczowicach własną szkółkę drzew.

W słoneczne dni na moście Piastowskim wystawali przechodnie aby podziwiać tańce ryb. Widać było tysiące świnek, brzan błyskających w Sole. Częstym na mieście był widok znanych mistrzów wędkarstwa niosących siatki pełne ryb.

Letnie niedziele rodziny spędzały na plantach. Dorodne srebrne olchy dawały cień, rybom pokarm ,a czysta Soła zachęcała do kąpieli pod opieką rodziców,

Dzisiaj w Sole nie ma ryb. Wytępili je zadufani inżynierowie i urzędowi ciemniacy wycinając tysiące drzew w odcinku przyujściowym rzekomo aby chronić teren przed powodziami. Prowadziłem kiedyś korespondencję z utytułowanym kretynem z Uniwersytetu Gdańskiego w kwestii wyjęcia spod ochrony – kormorana. Kiedy powyżerały co się tylko dało z jezior na Wybrzeżu – przeniosły się tutaj aby wymordować resztę żyjących w płytkich wodach ryb. Taki książkowy baran nie ma zielonego pojęcia co potrafią kormorany. Dzisiaj oficjalnie ochronę zniesiono, ale szkód nie da się odwrócić. „Za komuny” przy odłowach stosowano sieci dużymi oczkami aby narybek innej niż hodowana ryby, liczony w setkach ton – mógł zasilać rzeki. Dzisiaj prywatni hodowcy używają niemal firanek, a narybek idzie jako pasza dla kaczek.

Ówczesne Zakłady Chemiczne dawały chleb tysiącom rodzin, ale też były poważnym trucicielem. W zależności jak wiatry zawiały, mieszkańcy mogli zapoznać się z paletą zapachów produkowanych czy odpadowych substancji. W późniejszych latach między Zakładami a Osiedlem Chemików posadzono hektary lasu, którego nie było komu pielęgnować.

Przez ostatnie 30 lat demokratyczne władze wybierane przez obywateli wyspecjalizowały się w wycinaniu drzew, Im wyższy szczebel – tym większe szkody (vide Puszcza Białowieska). Jednocześnie organy unijne alarmują władze polskie o notorycznym przekraczaniu parametrów zanieczyszczeń atmosfery, drożąc sankcjami, na co nasi politycy się już uodpornili.

Oświęcimskie władze zapowiedziały nasadzenie tysiąca drzew. Wprawdzie jak znam życie, będą to rachityczne drzewka jak na placu Skarbka czy Rynku, ale w pewnym stopniu nie tyle zrekompensują, ale chociaż zminimalizują szkody jakie oświęcimskiej przyrodzie wyrządziły przez ostatnie 30 lat „demokratyczne” manipulacje planami przestrzennej dewastacji.
Ale – niestety – to se Hawranku ne wrati.

Józef Figura

Oceń artykuł

5.0/5 (1 ocena)

Komentarze

Bądź pierwszy! Dodaj komentarz do tego artykułu.

Udostępnij artykuł

📧 Subskrybuj nasz newsletter

Otrzymuj najnowsze aktualności z Oświęcimia prosto do swojej skrzynki odbiorczej.

📊 Statystyki Portalu

211
Odwiedziny dzisiaj
2,535
Artykułów
4.2/5
Średnia ocena
8
Źródeł

📈 Trend odwiedzin (7 dni)

Sun
Mon
Tue
Wed
Thu
Fri
Sat
Średnio 150 odwiedzin/dzień

Aplikacja Oświęcimskie

Lokalny portal w Twojej kieszeni

Pobierz na iOS