Są podróże, które zaczynają się od spakowania walizki. Są też takie, które zaczynają się od jednego telefonu. Historia drużyny Malachitowa Malaria zaczęła się właśnie w ten sposób. W 2017 roku Magdalena Mikiewicz z Tychów zadzwoniła do Olgi Grzegory z pytaniem, które zmieniło wszystko. Olga o tej charytatywnej wyprawie słyszała już wcześniej. Nie musiała długo się zastanawiać. Zadała tylko jedno pytanie. Odpowiedź była natychmiastowa. Magda miała ogromny sentyment do Fiata 126p. Obie kobiety zdawały egzamin na prawo jazdy właśnie takim samochodem. Wiedziały też, czego mogą się po nim spodziewać. Dodatkowo maluchy produkowano w Tychach, mieście, z którym była związana. Magda zaproponowała wyjazd jeszcze swojej przyjaciółce Basi i zdecydowały się jechać we trzy. Każda miała swoje „zadanie”. Olga nawigowała i zmieniała Magdę w trasie, a Basia jadąca z tyłu koordynowała jedzenie. Podróżniczki stwierdziły, że to były najpyszniejsze kanapki wyjazdowe. Dziś Magdy nie ma już wśród załogi. Została jednak idea, którą stworzyła. „Po śmierci Magdy zastanawiałyśmy się, co dalej. Wtedy jej rodzice powiedzieli nam coś, czego nigdy nie zapomnimy. Usłyszałyśmy, że Magda bardzo chciałaby, żebyśmy nadal jeździły na Złombol i żeby Malachitowa Malaria żyła dalej. To dało nam siłę, by kontynuować jej marzenie” - mówi Olga Grzegory. Dlatego każdy kolejny start ma dla nich szczególne znaczenie. To nie tylko podróż przez Europę. To także sposób na pielęgnowanie pamięci o przyjaciółce, od której wszystko się zaczęło. Od czterech lat załogę tworzą Kornelia Burkat i Olga Grzegory z Brzeszcz. Kornelia pracuje jako pedagog, Olga jest graficzką komputerową. Ich maluch doczekał się nawet własnego imienia „Pieszczotliwie nazywamy nasz samochód Malarką. To pewnie zdrobnienie od Malarii, ale ma też drugie znaczenie. Malarka maluje nam różne historie, dzięki niej poznajemy nowych ludzi, oglądamy nowe miejsca i przeżywamy rzeczy, których inaczej byśmy nie doświadczyły” - opowiada Kornelia. Malachitowa Malaria od lat wzbudza zainteresowanie na trasie. Kierowcy trąbią, machają, robią zdjęcia i pytają, dokąd zmierza charakterystyczny zielony maluch. „Ludzie bardzo pozytywnie reagują. W Polsce i za granicą pytają, co to za samochód, o co chodzi ze Złombolem. Bardzo często mijają nas, trąbią, migają światłami i pokazują, że kibicują” - mówi Brzeszczanka. Na Złombolu trudno zaplanować każdy dzień. Rano załoga często nie wie jeszcze, gdzie będzie spała wieczorem. Najczęściej wybiera pola kempingowe. Hotel pojawia się w planach tylko wtedy, gdy zmęczenie albo upał stają się wyjątkowo dokuczliwe. „To pełna improwizacja. Rano nigdy nie wiemy, gdzie będziemy spać wieczorem. Najczęściej są to pola kempingowe. Pokoje wybieramy tylko wtedy, gdy jesteśmy bardzo zmęczone albo kiedy upał nie pozwala wyspać się w namiocie” - opowiadają podróżniczki. „Nigdy żadne all inclusive nie da nam tylu doświadczeń, przygód i wspomnień jak Złombol”. Złombol bez awarii nie byłby prawdziwym Złombolem. Malachitowa Malaria wielokrotnie przypominała załodze, że ma już swoje lata. Najpierw problemy sprawiał boks dachowy, później pojawił się wyciek oleju i konieczność wymiany uszczelki. Najbardziej nerwowy moment przyszedł podczas wyjątkowo gorącego dnia. „Samochód odpalał, przejeżdżał około dziesięciu metrów i gasł. Było prawie 38 stopni w cieniu. Nie wiedziałyśmy, co jest przyczyną. Podejrzewałyśmy przegrzanie” - wspomina Olga. Pomoc przyszła niespodziewanie. „Zatrzymał się kierowca tira z Gruzji. Posprawdzał wszystko, pomógł nam przy samochodzie. Malachitowa Malaria trochę odpoczęła, ostygła i mogliśmy ruszyć dalej” - opowiada. „W pewnym momencie kabel zaczął się palić, topić i dymić. Musiałyśmy go odciąć. Straciłyśmy możliwość ładowania telefonu, a przecież cały czas korzystamy z nawigacji” - mówi nasza rozmówczyni. Choć przygody i awarie są nieodłączną częścią wyprawy, najważniejszy pozostaje jej cel. Złombol od lat wspiera dzieci z domów dziecka. To właśnie ten aspekt od początku przyciągnął załogę Malachitowej Malarii. „Przede wszystkim robimy to po to, żeby pomagać dzieciom. Pracuję z takimi dziećmi i wiem, jak wiele im brakuje. Fajnie, że możemy choć trochę wyrównywać ich szanse, dawać możliwości rozwoju i doświadczeń” - podkreślają Kornelia i Olga. Załodze kibicują rodzina, znajomi, obserwatorzy, inne złombolowe drużyny, uczniowie Kornelii oraz całe grono pedagogiczne. „Mnóstwo ludzi nam kibicuje. Rodzina, znajomi, obserwatorzy, inne drużyny złombolowe, moi uczniowie i całe grono pedagogiczne” - mówią. Kornelia i Olga podkreślają, że Złombol nauczył je cierpliwości, wytrwałości, solidarności, radzenia sobie w trudnych sytuacjach i doceniania prostych rzeczy. „Złombol uczy cierpliwości, wytrwałości, radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych, solidarności, minimalizmu i doceniania prostoty. Uczy nas, że największą wartością nie są rzeczy, które posiadamy, ale to, co potrafimy zrobić dla innych” - mówią nam dziewczyny. Kiedy ruszają w trasę, codzienne problemy zostają gdzieś daleko za nimi. „Wtedy zostawia się wszystkie problemy za sobą. Liczy się tylko droga, kolejne kilometry i to, czy jesteśmy bliżej mety. To wspaniały czas, zawsze mamy mnóstwo przygód i historii do opowiadania po powrocie” - dodają. Malachitowa Malaria wróciła ze Złombolu nie tylko ze zdjęciami i wspomnieniami. Wróciła również z przekonaniem, że warto pomagać i realizować marzenia, nawet jeśli osoby, które je wymyśliły, nie mogą już wyruszyć w drogę. Bo choć Magda nie siedzi już za kierownicą malucha, jej drużyna nadal jedzie dalej. Kilometr po kilometrze. Rok po roku. Poczynania załogi można śledzić na FB - Malachitowa Malaria