Złombol to nie wycieczka all inclusive. To bardziej podróż, w której jednego dnia śpisz w gaju oliwnym po wjeździe do Afryki, drugiego czyścisz gaźnik z biedronki, a trzeciego jedziesz przez 42-stopniowy upał i wymieniasz alternator gdzieś między Hiszpanią a Francją. Ekipa 126p-roblemów, czyli PoŻUKiwacze przygód, znowu daje znać z trasy. Zielony Żuk z 1996 roku ma za sobą Maroko, prom przez Cieśninę Gibraltarską, afrykańskie zakupy, noclegi w samochodzie i kolejne naprawy. Najważniejsze jest jednak to, że jedzie dalej. W załodze są Janusz Łabaj i Martyna Paluchiewicz-Łabaj z Oświęcimia, Marika Szczepanik i Sławek Szczepanik z Wiskitek oraz Kaśka Materska i Grzesiek Materski. 3 lipca o godz. 8.28 ekipa zameldowała, że po kilku godzinach promowania dobiła do Nadoru. Jak relacjonowali uczestnicy, prom opanowali „złombolowi wariaci”, a po zjeździe na ląd zielony Żuk wjechał do Afryki. Do mety zostało wtedy około 80 kilometrów. Nocny wjazd do Nadoru okazał się jednak doświadczeniem samym w sobie. „Gdy wjechaliśmy do centrum Nadoru około 2 w nocy, obok marokańskich policjantów stały rozproszone tłumy ludzi, machających nam, wjeżdżających nam pod prąd nieoświetlonymi rowerami i oferujących haszysz” - relacjonowała ekipa 126p-roblemów. Były też psy śpiące na rondach, tragarze z bananami na środku drogi i motorowerzyści jadący pod prąd. Brzmi chaotycznie, ale załoga podkreśla jedno: ludzie byli uśmiechnięci, machali i pozdrawiali przejeżdżających złombolowiczów. Po wyjeździe z Nadoru PoŻUKiwacze dotarli na metę, rozbili namioty w gaju oliwnym i mogli powiedzieć, że połowa planu została wykonana. Tego samego dnia, 3 lipca o godz. 10.04, wrócił temat paliwowy. Ekipa założyła trzecią pompkę, ale ta nie chciała działać. Paliwo lało się mocno, więc załoga z kilku części złożyła jedną działającą pompę. To jednak nie zakończyło problemu, bo Żuk nadal nie wkręcał się na obroty. Szybka decyzja: rozbieramy gaźnik. „Rozbieramy go, czyścimy dysze i przepychamy sprężonym powietrzem z polskich płuc przez wężyk paliwowy. Siła podmuchu była tak wielka, że wyleciała z zapchanej dyszy biedronka, która skutecznie uniemożliwiała poprawną pracę gaźnika” - opisali uczestnicy. Po złożeniu gaźnika Żuk ożył. W tym czasie Grzesiek, nazwany przez ekipę wezyrem, gotował posiłek dla wszystkich, a „księżniczki Dżasminy” odpoczywały. Naprawa układu paliwowego zmieniła plany. Zamiast myśleć o awaryjnym powrocie na prom na LPG, ekipa obrała nowy cel: Gibraltar. Po drodze PoŻUKiwacze spotkali inną ekipę z Lublina, której rozsypał się silnik. Miejscowi zaopiekowali się załogą, ale sytuacja była trudna. W grę wchodził silnik oddalony o 500 kilometrów albo holowanie na prom. Ekipa 126p-roblemów ruszyła dalej wybrzeżem. Wieczorem zatrzymała się w hoteliku, bo spanie na dziko pod namiotem w tej części trasy nie było najlepszym pomysłem. 3 lipca o godz. 20.56 pojawiła się kolejna relacja. Był luksus w postaci czystego łóżka i śniadania, były zakupy u lokalnego krawca, targowanie ze sprzedawcami i marokańskie jedzenie. Sam przejazd do Tanger Med był już dużo trudniejszy. Potężne podjazdy i zjazdy wymagały ciągłej kontroli temperatury silnika. „Włączony wentylator oraz nawiew gorącego powietrza pomagał motorowi odetchnąć. W zamian za to nam po rajtuzach gorące powietrze topiło paznokcie i czubki klapek” - żartowała załoga. Żuk spisywał się jednak bardzo dobrze. Czasem tylko rozrusznik odmawiał współpracy, ale na pokładzie był młotek, który działał jako skuteczny „straszak na bendiks”. 5 lipca o godz. 12.03 ekipa opisała piątkowy wieczór w Tangerze. Przed odprawą na prom przez Cieśninę Gibraltarską załoga postanowiła zrobić ostatnie afrykańskie zakupy. Ruch uliczny w Tangerze nazwali „ludzkim mrowiskiem”, a Żuka - pojazdem w swoim naturalnym środowisku. Na targu w starym mieście było wszystko, co „na pewno w domu się nie przyda, ale na pewno trzeba to kupić”. Najmocniej w zakupowy klimat weszła Martyna. „Zatraciła się biedna, pląsając we wszystkich tych kolorowych szpejach zmieszanych z zapachem kadzideł i wolnych olejków. Dzięki bezpośrednim środkom użycia siły udało się ją doprowadzić do Żuka” - relacjonowała ekipa. Odprawa przebiegła bez problemów, choć pies celników nie chciał wskoczyć do „trolowozu”. Załoga podejrzewała, że po prostu nie był szkolony na takie zapachy. Po godzinnym rejsie PoŻUKiwacze przywitali Europę. Hiszpania przyjęła ich silnym wiatrem, a noc spędzili w zielonym, żukowym apartamencie. Rano, połamani, obrali kurs na Sewillę. Ostatnia relacja przyszła już z drogi przez Hiszpanię do Francji. To była, jak napisali, droga przez mękę. Dla ludzi i dla Żuka. Na zewnątrz było 42 stopnie Celsjusza. Załoga zastanawiała się, czy powietrze wpadające do samochodu chłodzi, czy parzy jeszcze bardziej. Do tego padło ładowanie. Trzeba było zrobić przymusowy postój i wymienić alternator. Na szczęście nowa część była na pokładzie. „Wymiana trwała szybciej niż ugotowanie vifonkowej zupki” - napisali PoŻUKiwacze. Pojawił się jednak kolejny szczegół w stylu Złombola: nowe koło pasowe było mniejsze niż oryginalne. Zadziałała więc klasyczna zasada „jakoś to będzie się kręcić”. I kręci się nadal. W chwili ostatniej relacji ekipa była około 500 kilometrów przed Paryżem. Temperatura wynosiła 38 stopni, słońce dalej paliło, a Żuk ciągnął w stronę Polski. W relacjach 126p-roblemów jest wszystko, co tworzy klimat Złombola: absurdalne awarie, naprawy z tego, co jest pod ręką, upał, zmęczenie, jedzenie z trasy, noclegi w samochodzie, spotkania z ludźmi i śmiech, bez którego trudno byłoby przejechać tysiące kilometrów starym Żukiem. PoŻUKiwacze przygód mają za sobą Afrykę, Gibraltar i kawał Europy. Teraz jadą do Polski. A skoro Żuk po biedronce w gaźniku, marokańskich podjazdach i wymianie alternatora nadal „ciągnie aż miło”, to można trzymać kciuki za szczęśliwy powrót. Profil załogi, który warto obserwować: https://www.facebook.com/126problemow Ogólna zbiórka Złombola: siepomaga.pl/zlombol#skarbonki